NADZIEJA NA ZWALCZENIE RAKA

Общая Трекбэки (0) Добавить комментарий   

 

Nazywam się Sam Chachoua, jestem lekarzem z Melbourne w Australii. Metoda, o której chcę opowiedzieć, jest zupełnie nowa i rewolucyjna. Nazwałem ją „Terapią Indukowanej Remisji”. U jej podstaw legły trzy naturalne zjawiska: odporność narządu, odporność organizmu oraz samoistna remisja. Badania nad rakiem rozpocząłem w młodości, kiedy u mojego ojca wykryto szpiczaka mnogiego. Ponieważ konwencjonalna terapia nie przynosiła rezultatów, chciałem spró- bować znaleźć coś, co mogłoby mu pomóc. W trakcie owych poszukiwań zwróciłem uwagę na to, że w ludzkim ciele znajdują się narządy, na przykład jelito cienkie, zdolne przeciwstawić się nowotworom. Bez względu na to, jak bardzo rozprzestrzeniony jest nowotwór, zwykle omija on ten organ. Istnieje również coś takiego jak „odporność organizmu”. Termin ten oznacza, że większość zwierząt, którym próbujemy wszczepić ludzkiego raka, jest w stanie go odrzucić. Zacząłem więc pracę nad doświadczeniem mającym wyjaśnić, co takiego sprawia, że jelito cienkie jest odporne na raka. Chciałem także wiedzieć, dlaczego konie, koty, psy oraz inne zwierzęta przejawiają odporność na ludzkie nowotwory. Mówiąc w wielkim skrócie, zdołałem wyodrębnić czynniki immunologiczne, których użyłem do badań w Peter McCallum Cancer Institute. W wieku 18 lat napisałem pierwszą pracę, a w następnym roku przedstawiłem ją na zjeździe Clinical Oncology Society of Australia. Muszę przyznać, że byłem z siebie bardzo dumny. Myślałem: „Chłopie, udało ci się. Teraz pomożesz ojcu, a twoja metoda wkrótce będzie powszechnie stosowana”. Już niemal to widziałem: członkostwo Clinical Oncology Society of Australia, powszechna radość i telefony w rodzaju: „Hej, mamy tutaj zdolnego młodzień- ca, połączcie nas z Komitetem Nagrody Nobla”. O naiwności! Przyjmowano mnie równie serdecznie jak chorobę weneryczną albo ostry atak hemoroidów! Pozwolę sobie teraz przejść do zastosowania tej formy terapii w zwalczaniu AIDS. Od bardzo dawna wiemy, że nie można zarazić zwierzęcia AIDS wszczepiając mu wirusa HIV. W związku z tym istnieją dwie możliwości: albo zwierzęta obdarzone są swoistą odpornością, to znaczy nie posiadają miejsc, które HIV mógłby zaatakować, albo posiadają system immunologiczny zdolny pokonać i zniszczyć wirusa. W związku z tym nie pozostaje nam nic innego, jak tylko to sprawdzić! Tak więc, wstępne dane niosły ze sobą obietnicę, że możliwe będzie wywołanie reakcji odpornościowej, na przykład u konia, która selektywnie zniszczy wirusa HIV. Co mnie intrygowało i zdumiewało zarazem, to procesy myślowe czy też raczej ich brak wśród badaczy AIDS, którzy przez szereg lat głowili się nad opracowaniem systemu odporności zdolnego uporać się z AIDS. Ludzie ci siedzieli w swoich laboratoriach i mówili: „No tak, musimy stworzyć model zwierzęcy. Kiedy już będziemy go mieli, kiedy już zarazimy zwierzę AIDS, znajdziemy metodę, żeby je wyleczyć”. Zabrali się więc z zapałem za zwierzęta doświadczalne, szczury, psy, konie i koty. Wstrzykiwali im wirusy HIV, a mimo to nie zapadały one na AIDS, co mocno ich złościło. „Jak mam znaleźć lekarstwo na AIDS, jeśli nie mogę zarazić nim zwierzęcia?” – powiadali. „Wstrzykuję mu HIV, żeby znaleźć reakcję odpornościową, która zabije tego wirusa, a zwierzę tymczasem go nie przyjmuje. Jak mam w takich warunkach pracować?” 
Dostrzegają Państwo ten schemat myślowy? Tak to właśnie wygląda. Byłbym nieco rozczarowany, gdybym musiał w tym miejscu wyjaśniać, że jednym z najprostszych sposobów na uporanie się z tą największą plagą naszych czasów jest wykorzystanie w leczeniu systemu zwierzęcego, który tak dobrze sobie z nią radzi. Przed stu laty, kiedy nie mieliśmy antybiotyków, jedynym lekiem, jakim dysponowaliśmy przeciwko zapaleniu płuc, ospie i polio (choroba Heinego-Medina) była końska surowica. Brało się konia, wstrzykiwało mu zarazki choroby, potem pobierało surowicę i wstrzykiwało ludziom. Jeśli taka terapia była skuteczna w walce z plagami sto lat temu, to dlaczego nie stosuje się jej dzisiaj? Co by się stało, gdybyśmy ją zastosowali? Oto przypadek młodego mężczyzny chorego na AIDS. Ma 32 lata. Dostał zapalenia płuc wywołanego przez Pneumocystis carinii, ma trudności w oddychaniu, liczba limfocytów T wynosi 80, zachwiana jest też równowaga T4/T8. Pobrano od niego krew z wirusem, po czym wstrzyknięto ją koniowi. Pochodzące od zwierzęcia antyserum oczyszczono następnie tak, aby w zetknięciu z krwią pacjenta nie doszło do reakcji alergicznej. Końskie serum wstrzyknięto pacjentowi. I cóż widzimy? W ciągu 24 godzin objawy zapalenia płuc ustępują. To duże osiągnięcie, zważywszy że antybiotykom, o ile w ogóle by sobie poradziły, zabrałoby to wiele dni, a może nawet tygodni. Tymczasem u tego pacjenta symptomy chorobowe szybko zniknęły. W ciągu 10 dni liczba limfocytów T wzrosła do 780, a stosunek T4/T8 wrócił do normy. Przedstawiony przeze mnie przypadek był dosyć dramatyczny, ale czy nie widać w nim pewnego sensu? Zdrowego rozsądku? Mamy chorobę, która może wyniszczyć system immunologiczny człowieka, ale jest bezradna wobec konia czy innego zwierzęcia. Dlaczego zatem nie wykorzystać systemów odpornościowych tych zwierząt do zwalczenia choroby? Zwróciłem się więc do wielkich szpitali w USA. Powiedziałem: „Panowie, spójrzcie na to!” – i pokazałem im historię choroby oraz pacjenta, którego przywiozłem ze sobą. Pokazałem im, w jakim był stanie „przedtem” i w jakim był „potem”, przy czym te ostatnie wyniki pochodziły z badań przeprowadzonych już na amerykańskiej ziemi. A oni na to: „Zaszczepić pacjenta końską surowicą? Czy pan oszalał? Nigdy czegoś takiego nie zrobimy”. Kilka miesięcy później parę osób z ośrodka, w którym przebywałem – bliscy przyjaciele moich słuchaczy – oznajmiło mi, że zamierzają wszczepić pacjentowi choremu na AIDS szpik kostny pawiana, ponieważ pawiany są odporne na HIV! Czując się odrzucony i zlekceważony, postanowiłem zdobyć jak najwięcej wiadomości o terapiach alternatywnej i konwencjonalnej. Proszę mi wierzyć, że przestudiowałem dosłownie wszystko, z terapią śmiechem włącznie! Przeglądając wszystkie te alternatywne, naturalne i konwencjonalne terapie, bardzo szybko stwierdziłem, że w dziedzinie tej funkcjonują dwie błędne nazwy. Jedną z nich jest „terapia naturalna”. Nie chciałbym być tutaj źle zrozumiany. Terapia alternatywna niesie ze sobą wiele dobrego, witaminy i dieta są bardzo pożyteczne, ale cóż na litość boską jest naturalnego w dożylnym podawaniu 50000 jednostek witaminy C albo robieniu lewatywy z cappuccino? Co wspólnego z naturą ma wstrzykiwanie komuś w pośladek ozonu? Drugim wielkim nieporozumieniem na niwie terapii konwencjonalnej są terminy „radioterapia” oraz „chemioterapia”. Wprost nie mieści mi się w głowie, w jaki sposób słowo „chemio” można łączyć ze słowem „terapia”. Nigdy przedtem nie zdarzyło się, aby terapia zawodząca raz po raz od 80 lat, wywołująca najbardziej odrażające spośród znanych ludzkości efekty uboczne, prosperowała w najlepsze i do tego jeszcze rozkwitała. Zdumiewa mnie, że chemioterapia tak bardzo rozwinęła skrzydła, z czego ludzie nie zawsze zdają sobie sprawę. 
Na przykład, ile osób wie, że w dzisiejszych czasach najbardziej rozpowszechnionym sposobem leczenia agresywnej łuszczycy jest właśnie chemioterapia? Nastolatki i osoby w wieku rozrodczym idą do lekarza i słyszą: „Dam ci środek antagonizujący kwas foliowy o nazwie methotrexate”. Prawda, że „środek antagonizujący kwas foliowy” brzmi lepiej niż „chemioterapia”, którą właś- nie jest zażywanie tego środka. Te dzieciaki łykają truciznę, a potem one i ich dzieci będą ponosić tego konsekwencje. Jak sądzę, wszyscy słyszeli o najnowszym przełomie, nowej formie antykoncepcji od niedawna dostępnej na rynku? Mam na myśli zastrzyk aborcyjny. Ale nie wszyscy zapewne wiedzą, że zastrzyk ten zawiera środek antagonizujący kwas foliowy. To jest chemioterapia. Mówmy otwarcie. Terapia alternatywna jest wspaniała, prawdopodobnie może wydłużyć życie chorych i podnieść jego jakość. Kto wie, może nawet jest w stanie zapobiegać powstaniu wielu schorzeń. W gruncie rzeczy jednak terapię konwencjonalną i alternatywną łączy jedno. Na przestrzeni ostatnich stu lat ponosimy druzgocącą klęskę w wojnie z rakiem. Bądźmy szczerzy, gdyby stu ludzi poddało się najbardziej żmudnej terapii alternatywnej, jaka tylko jest dostępna, nie wyleczylibyśmy stu chorych na raka ani na AIDS. Są tylko trzy przyczyny, z powodu których przegrywamy tę wojnę. Po pierwsze, nasza broń jest zbyt słaba. Dzisiaj chemioterapia i radioterapia mają do dyspozycji środki mogące dosłownie spalić pacjenta! A zatem, to nie to. Wykreślmy więc ewentualność numer jeden. Po drugie, cel jest niewidzialny. Dzisiaj wiemy, że to prawda; wiemy, że komórki rakowe są immunologicznie niewidzialne. Po trzecie, istnieje inny cel. Moje przygnębienie budzi fakt, że zarówno terapia alternatywna, jak i konwencjonalna całkowicie ignorują zjawisko „samoistnej remisji”, które jest prawdopodobnie najbardziej naturalnym zjawiskiem wskazującym nam, jak zwalczać śmiertelną chorobę. Termin „samoistna remisja” oznacza cudowne uzdrowienie, sytuację, kiedy ludzie umieszczeni na łożu śmierci, „wstają z martwych” w ciągu dwóch lub trzech dni bez najmniejszego śladu choroby. Przypadki wystąpienia tego zjawiska zostały odnotowane w literaturze, lecz nikt ich nigdy dokładnie nie zbadał. Dane dotyczące samoistnej remisji wyraźnie wskazują, że tuż przed powrotem do zdrowia osoby chorej na raka, serce, artretyzm, czy jakąkolwiek inną chorobę śmiertelną, przechodzi ona ciężką infekcję wirusowego lub bakteryjnego typu. Odnotował to dr Didot we Francji, który spostrzegł, że obecność syfilisu uniemożliwia wystąpienie raka. Chore na syfilis prostytutki nie chorowały praktycznie na raka. Lekarz ów zaraził dwudziestu pacjentów chorych na raka syfilisem i czternastu z nich uzyskało pełną remisję. W miarę rozwoju syfilisu rak się wycofywał. U dalszych trzech nastąpiła znaczna poprawa, reszta zaś zmarła na syfilis. Działo się to jednak kilkaset lat temu. Mając dziś do wyboru „duże R” albo „duże S”… no cóż, dzisiaj można wyleczyć syfilis paroma zastrzykami penicyliny, tak mnie przynajmniej uczono! Pod koniec ubiegłego stulecia dr William Coley miał pacjenta z rakiem kości i ostrym przypadkiem syfilisu lub jakiejś innej infekcji skóry. Infekcja skórna, rozwijając się, pochłonęła raka, który zniknął bez śladu. Dr Coley podjął badania nad, jak to nazwał, „toksynami Coleya” i potem przez wiele lat stosował je w terapii osiągając całkiem niezłe rezultaty. W tym przypadku problem polega jednak na tym, że dr Coley uległ pokusie czegoś, co określam mianem „medycyny macho”. Infekcja, którą wyodrębnił u tamtego pacjenta i która go wyleczyła, dała również godne odnotowania rezultaty u szeregu innych pacjentów, lecz Coley nie był usatysfakcjonowany. Chciał czegoś jeszcze skuteczniejszego, przeto znalazł infekcję jeszcze bardziej toksyczną. 
Zamiast nadal posługiwać się owym specyficznym szczepem paciorkowca, znalazł paciorkowca, który zabijał ludzi. Uzasadniał to tym, iż jest on bardziej toksyczny, a więc będzie skuteczniej zabijać raka, zapewniając większe szanse wyleczenia. Nie od dziś wiadomo, że na obszarach dotkniętych malarią nie ma raka. Kiedy pozbywamy się malarii, osuszając bagna i tępiąc moskity, liczba zachorowań na raka szybko wzrasta. Jeśli ludzie chorzy na raka złapią malarię, mają szansę uzyskać remisję. Niedawno dr Henry Heimlich (ten sam, który opracował manewr Heimlicha zapobiegający uduszeniu) wstrzyknął kilku pacjentom chorym na AIDS zarazki malarii i uzyskał u nich pewną formę remisji, przejawiającą się tym, że stan ich zdrowia uległ poprawie i pozostał stabilny na tym poziomie. Wszystkie te spostrzeżenia doprowadziły mnie do wniosków, które nazwałem „teorią nemezis”. Mówi ona, że dla każdej choroby istnieje organizm wywołujący antychorobę, który atakuje wybiórczo i niszczy przyczynę schorzenia. W następstwie opracowałem „terapię nemezis”, która polega na przygotowaniu ekstraktów z „organizmów nemezis” i zwalczaniu nimi określonych chorób. Jak znaleźć organizmy nemezis? Cóż, trzeba rozglądać się dookoła. Tam gdzie występuje jakaś choroba, a inna jest znacznie mniej rozpowszechniona, istnieje szansa, że są one względem siebie antagonistyczne. Można też pracować na poziomie podstawowym, tak jak ja to robię, przeprowadzając ogromną ilość testów sprawdzających. Przygotowałem w moim laboratorium tysiące próbówek zawierających pobrane za pomocą biopsji od chorych na białaczkę fragmenty tkanek z zarażonych węzłów chłonnych. W każdej próbówce rozpocząłem hodowlę innego organizmu. Ten, który posiadał zdolność walki z rakiem, otaczał go i pożerał. Ta białkowa „materia”, a ściślej grzyb, rozrastała się i owijała wokół nowotworu. W ciągu kilku dni już go prawie nie było, a po paru tygodniach w próbówce pozostawał tylko grzyb! Uzyskujemy zatem nowe możliwości terapeutyczne. Organizm nemezis może nam dostarczyć wysoce wyspecjalizowanych substancji chemicznych zdolnych zabić raka, lecz nie atakujących innych tkanek. Po wtóre, daje nam kompleksy znakujące, które przylegają do raka od zewnątrz i czynią go widzialnym dla systemu immunologicznego. Po trzecie wreszcie, otrzymujemy kompletny zestaw specyficznych enzymów trawiennych, które trawią tylko i wyłącznie raka. A zatem to maleństwo nie tylko niszczy chorobę, ale jeszcze po sobie sprząta! Dzięki systemowi znakującemu, system immunologiczny człowieka dostrzega włóknistą sieć białka, która spowija od zewnątrz raka, ale nie widzi samego nowotworu. Organizm odkrywa intruza i chce go zniszczyć. 
Należy zatem pobrać ekstrakt białka, które przylega do nowotworu i wstrzyknąć go choremu, u którego połączy się on z nowotworem w ciele pacjenta. W ten sposób organizm zauważy go, ponieważ będzie oznakowany białkiem bakterii, grzyba lub wirusa. Nikt z nas nie ma problemu z pozbyciem się kaszlu lub przeziębienia w ciągu tygodnia albo dwóch. Tak samo możemy pozbyć się raka – trzeba tylko sprawić, żeby wyglądał jak kaszel albo przeziębienie poprzez przyczepienie do niego cząsteczek kaszlu bądź przeziębienia. Organizm zaatakuje go wówczas, zniszczy i usunie. Zdarzały się jednak przypadki, że u pacjentów, u których leczono nowotwory kompleksem znakującym, po paru miesiącach lub latach dochodziło do pogorszenia stanu zdrowia. Wskazywało to, że znakowanie raka to nie wszystko, że samo oznaczenie komórki rakowej nie usuwa przyczyny choroby. W grę wchodzi jeszcze jakiś czynnik. Interesujące obserwacje poczyniono przed dwudziestu laty, gdy pacjentom chorym na białaczkę niszczono szpik kostny, aby następnie zastąpić go szpikiem pochodzącym od innego dawcy. Okazało się, że białaczka nieodmiennie powracała. I co wówczas mówili lekarze? „Bardzo mi przykro, panie Jones, kiedy pana leczyłem chemio- i radioterapią jedna komórka podzieliła się i ukryła, a potem rozmnożyła się i z powrotem opanowała cały organizm… jedna, jedyna komórka”. Jedna czy też kilka komó- rek, które wymknęły się spod kontroli, wywołały nawrót choroby. Można tym tłumaczyć niektóre przypadki, ale stosowanie tego wyjaśnienia do wszystkich nawrotów raka jest czystą bzdurą! Lecząc białaczkę usuwa się pacjentowi szpik kostny. Nic z niego nie zostaje! Daje mu się szpik pobrany od kogoś innego. Po sześciu miesiącach białaczka wraca. No dobrze, gdyby sprawcą tego była jakaś pozostawiona komórka, to przy kolejnym badaniu powinno okazać się, że mamy do czynienia z tą samą odmianą białaczki, jaką leczyliśmy przed uzyskaniem remisji, prawda? To powinna być taka sama komórka. 
Tymczasem po przeprowadzeniu testów DNA wyszło na jaw, że nie tylko nie jest to ta sama komórka, ale na dodatek pochodzi od dawcy. To szpik dawcy przekształcił się w komórki białaczki! Odkrycie to zostało opisane w konwencjonalnej literaturze medycznej, a jego sens jest taki, że choroba nowotworowa nie jest równoważna z rakiem komórek. Jest jeszcze coś w ciele pacjenta, co regeneruje i zasila raka. Dopóki się do tego czegoś nie dotrze, skuteczne pozbycie się choroby nie będzie możliwe. Tak więc pracowałem w zastawionym próbówkami laboratorium, wynajdując organizmy nemezis, ale raz po raz natykałem się na zjawisko, które doprowadzało mnie do rozpaczy. Traktowałem raka jednym organizmem, powiedzmy, Escherichia coli, a po śmierci komórek rakowych znajdowałem rozwijające się inne organizmy, których tam nie umieszczałem. Zazwyczaj miały one postać gronkowcową lub paciorkowcową. Niekiedy pojawiały się też pałeczki kwasooporne, w zależności od użytego do hodowli środka oraz czasu jej trwania. To naprawdę ciekawe. Mamy tutaj do czynienia z czymś, co niektórzy nazywają „polimorfizmem”. Z pary elementów wykształcają się wydłużone, pałeczkowate struktury – forma ziarniakowata ulega przemianie w pałeczkowatą. Polimorfizm w pełnej krasie. Zwróciłem się o pomoc do kolegów: — Słuchajcie, skąd się ciągle biorą ci nieproszeni goście? Przecież umieszczam w próbówce sterylnego raka. Potem zarażam go czymś zupełnie innym, a te struktury i tak się pokazują. — Wiesz co, Sam, prawdopodobnie kichnąłeś i skaziłeś całą partię! — usłyszałem w odpowiedzi. — Ale to się powtarza raz za razem. Czyżby na pewno było to skażenie? — Tak, z całą pewnością. Sto lat temu wszyscy obwiniali takie skażenie o wywoływanie raka. Mam poświęconą temu tematowi literaturę. Napisano tysią- ce artykułów o bakteriach, organizmach bakteryjnych i grzybach jako sprawcach raka. W miarę rozwoju technologii musimy jednak odrzucić to, co oczywiste, a kiedy już to odrzucimy, odkrycie prawdy staje się bardzo trudne. Jak więc mam dowieść, że te organizmy są w jakiś zawiły sposób rzeczywiście związane z procesem rozwoju raka lub AIDS? W pierwszej kolejności należy wyhodować je z komórek rakowych, wstrzyknąć kilku zwierzętom i przekonać się, ile z nich zachoruje na raka. Okazuje się, że niemało. Ponieważ owe struktury nie zabijają zwierzęcia, dochodzi do rozwoju raka. Co dziwne, wygląda na to, że wywołanie raka przedłuża życie zwierzęcia. A teraz pójdźmy nieco dalej. 
To, co zamierzam powiedzieć, jest tylko teorią i nie ma związku ze skutecznością terapii. A jeśli ci intruzi nie wywołują reakcji systemu odpornościowego? Są przetrzymywani w środku raka; ciało nie robi nic, żeby ich zwalczyć, a jednak się nie rozprzestrzeniają. Co ich powstrzymuje? A jeśli to nie rak jest prawdziwym wrogiem? Jeśli stanowi on ostatnią szansę organizmu na to, żeby zebrać ich w jednym miejscu tak, by nie mogli się rozwijać i uśmiercić nas w szybkim tempie? Jeśli tak naprawdę rak wyświadcza nam przysługę? Może to dlatego po kuracji z udziałem radio i chemioterapii wszystko szybko wraca do stanu poprzedniego, gdyż swoim działaniem uwolniliśmy zagrożenie z pułapki? Jeszcze raz podkreślam, że to tylko teoria! Omawiana terapia w najgorszym przypadku pozwala kontrolować przebieg choroby, w najlepszym zaś może spowodować niezwykłą w swej szybkości poprawę stanu zdrowia. W wielu przypadkach po tygodniu lub dwóch leczenia nowotwór zmniejszył swoje rozmiary o połowę. Osiągnięcie takiego rezultatu bez wyraźnych efektów toksycznych bądź obumierania jest rzeczą niesłychaną, a jednak w tej metodzie one nie występują. Kiedy podążamy śladami natury i postępujemy zgodnie ze wskazówkami, jakich udziela nam samoistna remisja, Terapia Indukowanej Remisji może zapewnić wyleczenie przy znikomych efektach ubocznych. Nie wybierałem specjalnie tego forum, aby dzisiaj przed nim wystąpić. Nie obrażając nikogo, wolałbym zwracać się do lekarzy praktyków i przedstawiać tę metodę nie jako terapię alternatywną, ale konwencjonalną. Przez 12 lat próbowałem opublikować wyniki badań w konwencjonalnej literaturze, przez 12 lat chodziłem od szpitala do szpitala i wszędzie traktowany byłem jak śmieć. W świetle tego, co przeczytałem dzisiaj w gazecie, w której ktoś napisał artykuł potępiający tę konferencję, wygląda na to, że jego autor stoi na stanowisku, że jeśli establishment konwencjonalnej medycyny w swojej świętości nie zgadza się z jakąś koncepcją czy terapią, oznacza to, że opinia publiczna jest zbyt głupia, aby w pełni to zrozumieć i dokonać samodzielnej oceny. Takie podejście sugeruje, że skoro ludzie są tacy głupi, to nie powinno się im dawać takiej szansy. Pod adresem autora mogę tylko powiedzieć, że największym głupcem jest człowiek zaślepiony, wypowiadający opinie o rzeczach, których nie doświadczył ani osobiście nie zbadał. W tej „epoce Kevorkiana”, jak ją nazywam, w czasach kiedy ludzie cenią sobie godną śmierć w obliczu cierpienia, bólu i choroby, oferuję technologię mogącą położyć kres cierpieniu, bólowi i chorobie. Modlę się też o to, aby wysiłki wspierające godną śmierć przeniesione zostały na godne życie. 
TERAPIA INDUKOWANEJ REMISJI – NOWE DANE (1998) Po latach wykładów, prezentacji i publicznych wystąpień, jak również udziału w programach radiowych, telewizyjnych oraz wywiadów prasowych przekonuję się, że konwencjonalna medycyna w dalszym ciągu niewiele wie o skuteczności mojej terapii potwierdzonej na przykład osiągnięciem remisji AIDS. Każdy lekarz może złożyć zdumiewające oświadczenia, ale dopiero niezależne, wolne od uprzedzeń badania są wiarygodną metodą wykazania skuteczności leczenia. Ich wyniki nie tylko dowiodłyby skuteczności moich szczepionek, ale także wywołałyby zainteresowanie nową obiecującą terapią. Dlatego też zabrałem historie chorób leczonych przez siebie pacjentów chorych na AIDS do Cedar Sinai Medical Center z prośbą o ocenę. Dr Shlomo Melmed był zaskoczony wynikami i poradził mi, abym wysłał próbki szczepionki do Wydziału AIDS i Chorób Odpornościowych Centrum Chorób Zakaźnych. Analizy kliniczne przeprowadzone przez dra Erica Daara wykazały, że spośród 22 testowanych próbek, 20 wykazało dziewięćdziesięciodziewięcioprocentową skuteczność w neutralizowaniu HIV-1. Analiza ta została poparta niezależnym badaniem w klinicznych laboratoriach Uniwersytetu Południowej Kalifornii. W jego trakcie dokonano oględzin w mikroskopie elektronowym próbek krwi pobranych od kontrolnej grupy osób zainfekowanych wirusem HIV. W efekcie uzyskano ponad sto zdjęć pokazujących atak, śmierć, rozkład i usunięcie wirusa HIV. Kierujący testami lekarz stwierdził, że „ilość nietkniętych cząsteczek wirusa po zastosowaniu szczepionki u każdego pacjenta zmniejszyła się o około 50 procent”. Przykłady tego procesu od ataku do oczyszczenia pokazują wykonane fotografie. Pierwsza z nich, zrobiona przy użyciu mikroskopu elektronowego, przedstawia fragment komórki peł- nej cząsteczek wirusa HIV. Następna ukazuje komórkę w trzy dni później – poprawie uległa jej stabilność, zmniejszyła się też ilość cząsteczek wirusa. Trzecia fotografia została wykonana sześć dni po podaniu szczepionki. Widać na niej, że w komórce pozostały tylko nieliczne cząsteczki wirusa. Ostatnie, czwarte, zdjęcie pochodzi z dziewiątego dnia terapii. Nie ma na nim żadnych wewnątrzkomórkowych cząsteczek wirusa, za to można na nim wreszcie zobaczyć jądro komórki. Dowody uzyskane na poziomie komórkowym potwierdzają, że AIDS oraz raka można zaatakować genetycznie bez wywoływania znacznych zaburzeń zdrowych szybko mnożących się komórek niezbędnych do podtrzymywania życia. Czy sądzicie Państwo, że media, społeczność medyczna i inni okazali zainteresowanie tak fantastycznymi wynikami leczenia? Choć trudno w to uwierzyć, instytuty obdarzone publicznym zaufaniem i środkami, mające za zadanie odkrywać i wdrażać nowe terapie, opóźniają zastosowanie ratującej życie technologii. Miałem nadzieję, że znajomość Terapii Indukowanej Remisji będzie stale rosła, a Urząd ds. Leków i Żywności pozwoli zastosować ją u niezliczonych ofiar raka i AIDS, dla których nie ma praktycznie innej nadziei. Tymczasem wyżej wymienione instytuty medyczne i lekarze zgodnie zaprzeczyli jakimkolwiek związkom ze mną. Zaprzeczyli istnieniu imponujących wyników testów, a nawet znajomości ze mną i dopiero zmuszeni stanąć przed sądem w San Diego w Kalifornii w procesie cywilnym (sprawa nr 700406) zeznali, jak było naprawdę. To ich niezrozumiałe zachowanie zmusiło mnie do złożenia pozwu, między innymi po to, aby wyniki badań zostały zarejestrowane w sądzie jako dowód. Mamy skłonności, by czcić naszych lekarzy niczym bogów, którzy ratują nas od chorób. Skoro jednak ci fałszywi bogowie nas zawodzą, to czy nie nadeszła pora, aby odpowiedzialność za nasze życie i zdrowie wziąć w swoje ręce? W miarę jak opinia publiczna zaczyna dowiadywać się o obiecujących możliwościach Terapii Indukowanej Remisji, coraz częściej padają pytania o powody jej blokowania. Zawsze oburzałem się, gdy moją pracę wrzucano do pojemnego worka „medycyny alternatywnej”. Przecież metoda ta wykorzystuje ekstremalnie ześrodkowane elementy „medycyny konwencjonalnej”. 
Tym niemniej w poszukiwaniu różnych form terapii, które mogłyby wzbogacić lub nawet zastąpić moje odkrycia, niezmiennie interesuję się rozwiązaniami alternatywnymi pozostającymi w opozycji do konwencjonalnych, toksycznych i nierzadko barbarzyńskich metod. Byłem mocno oburzony, gdy odkryłem organizacje medycyny alternatywnej sprzedające zrozpaczonym pacjentom owocowe soki czy witaminę C w zastrzykach po kilkaset, a niekiedy nawet po kilka tysięcy dolarów, choć w rzeczywistości były one warte kilka centów. Przedstawiłem wówczas następującą ofertę: wypłacę 100000 dolarów każdemu autorowi „alternatywnej” terapii, który udowodni uzyskanie pełnej remisji w 10 przypadkach raka. Ponadto przygotowałem także ofertę dla sceptycznego świata medycyny konwencjonalnej: 100000 dolarów dla każdej poważnej organizacji medycznej, która przeprowadzi badania moich szczepionek przeciwko rakowi i AIDS, a następnie opublikuje wyniki. Jak na razie nikt się nie zgłosił po pieniądze. Terapia Indukowanej Remisji może z pomocą dodatkowych źródeł i profesjonalistów z przemysłu medycznego, którym naprawdę zależy na zwalczaniu chorób i którzy dysponują warunkami do katalogowania, przechowywania i hodowli samorodnych szczepionek na wielką skalę, przynieść doskonałe rezultaty i zmienić dzisiejsze metody leczenia. Z historycznego punktu widzenia, wszelkie instytucje są przeciwne zmianom i dlatego zmiany następują powoli. Aby jakakolwiek obiecująca terapia została zaakceptowana przez główny nurt medycyny, potrzeba paradygmatycznej zmiany w nauce medycznej. Terapia Indukowanej Remisji walczy z chorobą na poziomie genetycznym. Na dzień dzisiejszy jest to jedyna terapia koncentrująca się na zwalczaniu choroby już na tym poziomie. Źródła wielu schorzeń znajdują się na poziomie genetycznym, toteż Terapię Indukowanej Remisji można stosować w leczeniu całego szeregu chorób. Korekta genetyczna jest jedyną nadzieją na wyleczenie AIDS czy raka i kontrastuje wyraźnie z dostępnymi toksycznymi metodami, które atakują mechanizmy chorobowe oraz symptomy, lecz pozostawiają uszkodzony wzorzec będący źródłem choroby. Najlepszym przykładem niezwykłych możliwości tej terapii jest genetyczne usunięcie wirusa HIV z jądra komórki. Ciało nie tylko uwalnia się od choroby, ale jest również w stanie naprawić uszkodzenia odniesione w jej trakcie. Otwiera to zupełnie nową dziedzinę regeneracji komórkowej, o której przedtem można było tylko marzyć. Możność odwracania uszkodzeń DNA wywołanych wiekiem lub chorobami otwiera przed nami cały nowy świat terapeutycznych możliwości z niemal nieskończoną liczbą zastosowań
Nazywam się Sam Chachoua, jestem lekarzem z Melbourne w Australii. Metoda, o której chcę opowiedzieć, jest zupełnie nowa i rewolucyjna. Nazwałem ją „Terapią Indukowanej Remisji”. U jej podstaw legły trzy naturalne zjawiska: odporność narządu, odporność organizmu oraz samoistna remisja. Badania nad rakiem rozpocząłem w młodości, kiedy u mojego ojca wykryto szpiczaka mnogiego. Ponieważ konwencjonalna terapia nie przynosiła rezultatów, chciałem spró- bować znaleźć coś, co mogłoby mu pomóc. W trakcie owych poszukiwań zwróciłem uwagę na to, że w ludzkim ciele znajdują się narządy, na przykład jelito cienkie, zdolne przeciwstawić się nowotworom. Bez względu na to, jak bardzo rozprzestrzeniony jest nowotwór, zwykle omija on ten organ. Istnieje również coś takiego jak „odporność organizmu”. Termin ten oznacza, że większość zwierząt, którym próbujemy wszczepić ludzkiego raka, jest w stanie go odrzucić. Zacząłem więc pracę nad doświadczeniem mającym wyjaśnić, co takiego sprawia, że jelito cienkie jest odporne na raka. Chciałem także wiedzieć, dlaczego konie, koty, psy oraz inne zwierzęta przejawiają odporność na ludzkie nowotwory. Mówiąc w wielkim skrócie, zdołałem wyodrębnić czynniki immunologiczne, których użyłem do badań w Peter McCallum Cancer Institute. W wieku 18 lat napisałem pierwszą pracę, a w następnym roku przedstawiłem ją na zjeździe Clinical Oncology Society of Australia. Muszę przyznać, że byłem z siebie bardzo dumny. Myślałem: „Chłopie, udało ci się. Teraz pomożesz ojcu, a twoja metoda wkrótce będzie powszechnie stosowana”. Już niemal to widziałem: członkostwo Clinical Oncology Society of Australia, powszechna radość i telefony w rodzaju: „Hej, mamy tutaj zdolnego młodzień- ca, połączcie nas z Komitetem Nagrody Nobla”. O naiwności! Przyjmowano mnie równie serdecznie jak chorobę weneryczną albo ostry atak hemoroidów! Pozwolę sobie teraz przejść do zastosowania tej formy terapii w zwalczaniu AIDS. Od bardzo dawna wiemy, że nie można zarazić zwierzęcia AIDS wszczepiając mu wirusa HIV. W związku z tym istnieją dwie możliwości: albo zwierzęta obdarzone są swoistą odpornością, to znaczy nie posiadają miejsc, które HIV mógłby zaatakować, albo posiadają system immunologiczny zdolny pokonać i zniszczyć wirusa. W związku z tym nie pozostaje nam nic innego, jak tylko to sprawdzić! Tak więc, wstępne dane niosły ze sobą obietnicę, że możliwe będzie wywołanie reakcji odpornościowej, na przykład u konia, która selektywnie zniszczy wirusa HIV. Co mnie intrygowało i zdumiewało zarazem, to procesy myślowe czy też raczej ich brak wśród badaczy AIDS, którzy przez szereg lat głowili się nad opracowaniem systemu odporności zdolnego uporać się z AIDS. Ludzie ci siedzieli w swoich laboratoriach i mówili: „No tak, musimy stworzyć model zwierzęcy. Kiedy już będziemy go mieli, kiedy już zarazimy zwierzę AIDS, znajdziemy metodę, żeby je wyleczyć”. Zabrali się więc z zapałem za zwierzęta doświadczalne, szczury, psy, konie i koty. Wstrzykiwali im wirusy HIV, a mimo to nie zapadały one na AIDS, co mocno ich złościło. „Jak mam znaleźć lekarstwo na AIDS, jeśli nie mogę zarazić nim zwierzęcia?” – powiadali. „Wstrzykuję mu HIV, żeby znaleźć reakcję odpornościową, która zabije tego wirusa, a zwierzę tymczasem go nie przyjmuje. Jak mam w takich warunkach pracować?” 
Dostrzegają Państwo ten schemat myślowy? Tak to właśnie wygląda. Byłbym nieco rozczarowany, gdybym musiał w tym miejscu wyjaśniać, że jednym z najprostszych sposobów na uporanie się z tą największą plagą naszych czasów jest wykorzystanie w leczeniu systemu zwierzęcego, który tak dobrze sobie z nią radzi. Przed stu laty, kiedy nie mieliśmy antybiotyków, jedynym lekiem, jakim dysponowaliśmy przeciwko zapaleniu płuc, ospie i polio (choroba Heinego-Medina) była końska surowica. Brało się konia, wstrzykiwało mu zarazki choroby, potem pobierało surowicę i wstrzykiwało ludziom. Jeśli taka terapia była skuteczna w walce z plagami sto lat temu, to dlaczego nie stosuje się jej dzisiaj? Co by się stało, gdybyśmy ją zastosowali? Oto przypadek młodego mężczyzny chorego na AIDS. Ma 32 lata. Dostał zapalenia płuc wywołanego przez Pneumocystis carinii, ma trudności w oddychaniu, liczba limfocytów T wynosi 80, zachwiana jest też równowaga T4/T8. Pobrano od niego krew z wirusem, po czym wstrzyknięto ją koniowi. Pochodzące od zwierzęcia antyserum oczyszczono następnie tak, aby w zetknięciu z krwią pacjenta nie doszło do reakcji alergicznej. Końskie serum wstrzyknięto pacjentowi. I cóż widzimy? W ciągu 24 godzin objawy zapalenia płuc ustępują. To duże osiągnięcie, zważywszy że antybiotykom, o ile w ogóle by sobie poradziły, zabrałoby to wiele dni, a może nawet tygodni. Tymczasem u tego pacjenta symptomy chorobowe szybko zniknęły. W ciągu 10 dni liczba limfocytów T wzrosła do 780, a stosunek T4/T8 wrócił do normy. Przedstawiony przeze mnie przypadek był dosyć dramatyczny, ale czy nie widać w nim pewnego sensu? Zdrowego rozsądku? Mamy chorobę, która może wyniszczyć system immunologiczny człowieka, ale jest bezradna wobec konia czy innego zwierzęcia. Dlaczego zatem nie wykorzystać systemów odpornościowych tych zwierząt do zwalczenia choroby? Zwróciłem się więc do wielkich szpitali w USA. Powiedziałem: „Panowie, spójrzcie na to!” – i pokazałem im historię choroby oraz pacjenta, którego przywiozłem ze sobą. Pokazałem im, w jakim był stanie „przedtem” i w jakim był „potem”, przy czym te ostatnie wyniki pochodziły z badań przeprowadzonych już na amerykańskiej ziemi. A oni na to: „Zaszczepić pacjenta końską surowicą? Czy pan oszalał? Nigdy czegoś takiego nie zrobimy”. Kilka miesięcy później parę osób z ośrodka, w którym przebywałem – bliscy przyjaciele moich słuchaczy – oznajmiło mi, że zamierzają wszczepić pacjentowi choremu na AIDS szpik kostny pawiana, ponieważ pawiany są odporne na HIV! Czując się odrzucony i zlekceważony, postanowiłem zdobyć jak najwięcej wiadomości o terapiach alternatywnej i konwencjonalnej. Proszę mi wierzyć, że przestudiowałem dosłownie wszystko, z terapią śmiechem włącznie! Przeglądając wszystkie te alternatywne, naturalne i konwencjonalne terapie, bardzo szybko stwierdziłem, że w dziedzinie tej funkcjonują dwie błędne nazwy. Jedną z nich jest „terapia naturalna”. Nie chciałbym być tutaj źle zrozumiany. Terapia alternatywna niesie ze sobą wiele dobrego, witaminy i dieta są bardzo pożyteczne, ale cóż na litość boską jest naturalnego w dożylnym podawaniu 50000 jednostek witaminy C albo robieniu lewatywy z cappuccino? Co wspólnego z naturą ma wstrzykiwanie komuś w pośladek ozonu? Drugim wielkim nieporozumieniem na niwie terapii konwencjonalnej są terminy „radioterapia” oraz „chemioterapia”. Wprost nie mieści mi się w głowie, w jaki sposób słowo „chemio” można łączyć ze słowem „terapia”. Nigdy przedtem nie zdarzyło się, aby terapia zawodząca raz po raz od 80 lat, wywołująca najbardziej odrażające spośród znanych ludzkości efekty uboczne, prosperowała w najlepsze i do tego jeszcze rozkwitała. Zdumiewa mnie, że chemioterapia tak bardzo rozwinęła skrzydła, z czego ludzie nie zawsze zdają sobie sprawę. 
Na przykład, ile osób wie, że w dzisiejszych czasach najbardziej rozpowszechnionym sposobem leczenia agresywnej łuszczycy jest właśnie chemioterapia? Nastolatki i osoby w wieku rozrodczym idą do lekarza i słyszą: „Dam ci środek antagonizujący kwas foliowy o nazwie methotrexate”. Prawda, że „środek antagonizujący kwas foliowy” brzmi lepiej niż „chemioterapia”, którą właś- nie jest zażywanie tego środka. Te dzieciaki łykają truciznę, a potem one i ich dzieci będą ponosić tego konsekwencje. Jak sądzę, wszyscy słyszeli o najnowszym przełomie, nowej formie antykoncepcji od niedawna dostępnej na rynku? Mam na myśli zastrzyk aborcyjny. Ale nie wszyscy zapewne wiedzą, że zastrzyk ten zawiera środek antagonizujący kwas foliowy. To jest chemioterapia. Mówmy otwarcie. Terapia alternatywna jest wspaniała, prawdopodobnie może wydłużyć życie chorych i podnieść jego jakość. Kto wie, może nawet jest w stanie zapobiegać powstaniu wielu schorzeń. W gruncie rzeczy jednak terapię konwencjonalną i alternatywną łączy jedno. Na przestrzeni ostatnich stu lat ponosimy druzgocącą klęskę w wojnie z rakiem. Bądźmy szczerzy, gdyby stu ludzi poddało się najbardziej żmudnej terapii alternatywnej, jaka tylko jest dostępna, nie wyleczylibyśmy stu chorych na raka ani na AIDS. Są tylko trzy przyczyny, z powodu których przegrywamy tę wojnę. Po pierwsze, nasza broń jest zbyt słaba. Dzisiaj chemioterapia i radioterapia mają do dyspozycji środki mogące dosłownie spalić pacjenta! A zatem, to nie to. Wykreślmy więc ewentualność numer jeden. Po drugie, cel jest niewidzialny. Dzisiaj wiemy, że to prawda; wiemy, że komórki rakowe są immunologicznie niewidzialne. Po trzecie, istnieje inny cel. Moje przygnębienie budzi fakt, że zarówno terapia alternatywna, jak i konwencjonalna całkowicie ignorują zjawisko „samoistnej remisji”, które jest prawdopodobnie najbardziej naturalnym zjawiskiem wskazującym nam, jak zwalczać śmiertelną chorobę. Termin „samoistna remisja” oznacza cudowne uzdrowienie, sytuację, kiedy ludzie umieszczeni na łożu śmierci, „wstają z martwych” w ciągu dwóch lub trzech dni bez najmniejszego śladu choroby. Przypadki wystąpienia tego zjawiska zostały odnotowane w literaturze, lecz nikt ich nigdy dokładnie nie zbadał. Dane dotyczące samoistnej remisji wyraźnie wskazują, że tuż przed powrotem do zdrowia osoby chorej na raka, serce, artretyzm, czy jakąkolwiek inną chorobę śmiertelną, przechodzi ona ciężką infekcję wirusowego lub bakteryjnego typu. Odnotował to dr Didot we Francji, który spostrzegł, że obecność syfilisu uniemożliwia wystąpienie raka. Chore na syfilis prostytutki nie chorowały praktycznie na raka. Lekarz ów zaraził dwudziestu pacjentów chorych na raka syfilisem i czternastu z nich uzyskało pełną remisję. W miarę rozwoju syfilisu rak się wycofywał. U dalszych trzech nastąpiła znaczna poprawa, reszta zaś zmarła na syfilis. Działo się to jednak kilkaset lat temu. Mając dziś do wyboru „duże R” albo „duże S”… no cóż, dzisiaj można wyleczyć syfilis paroma zastrzykami penicyliny, tak mnie przynajmniej uczono! Pod koniec ubiegłego stulecia dr William Coley miał pacjenta z rakiem kości i ostrym przypadkiem syfilisu lub jakiejś innej infekcji skóry. Infekcja skórna, rozwijając się, pochłonęła raka, który zniknął bez śladu. Dr Coley podjął badania nad, jak to nazwał, „toksynami Coleya” i potem przez wiele lat stosował je w terapii osiągając całkiem niezłe rezultaty. W tym przypadku problem polega jednak na tym, że dr Coley uległ pokusie czegoś, co określam mianem „medycyny macho”. Infekcja, którą wyodrębnił u tamtego pacjenta i która go wyleczyła, dała również godne odnotowania rezultaty u szeregu innych pacjentów, lecz Coley nie był usatysfakcjonowany. Chciał czegoś jeszcze skuteczniejszego, przeto znalazł infekcję jeszcze bardziej toksyczną. 
Zamiast nadal posługiwać się owym specyficznym szczepem paciorkowca, znalazł paciorkowca, który zabijał ludzi. Uzasadniał to tym, iż jest on bardziej toksyczny, a więc będzie skuteczniej zabijać raka, zapewniając większe szanse wyleczenia. Nie od dziś wiadomo, że na obszarach dotkniętych malarią nie ma raka. Kiedy pozbywamy się malarii, osuszając bagna i tępiąc moskity, liczba zachorowań na raka szybko wzrasta. Jeśli ludzie chorzy na raka złapią malarię, mają szansę uzyskać remisję. Niedawno dr Henry Heimlich (ten sam, który opracował manewr Heimlicha zapobiegający uduszeniu) wstrzyknął kilku pacjentom chorym na AIDS zarazki malarii i uzyskał u nich pewną formę remisji, przejawiającą się tym, że stan ich zdrowia uległ poprawie i pozostał stabilny na tym poziomie. Wszystkie te spostrzeżenia doprowadziły mnie do wniosków, które nazwałem „teorią nemezis”. Mówi ona, że dla każdej choroby istnieje organizm wywołujący antychorobę, który atakuje wybiórczo i niszczy przyczynę schorzenia. W następstwie opracowałem „terapię nemezis”, która polega na przygotowaniu ekstraktów z „organizmów nemezis” i zwalczaniu nimi określonych chorób. Jak znaleźć organizmy nemezis? Cóż, trzeba rozglądać się dookoła. Tam gdzie występuje jakaś choroba, a inna jest znacznie mniej rozpowszechniona, istnieje szansa, że są one względem siebie antagonistyczne. Można też pracować na poziomie podstawowym, tak jak ja to robię, przeprowadzając ogromną ilość testów sprawdzających. Przygotowałem w moim laboratorium tysiące próbówek zawierających pobrane za pomocą biopsji od chorych na białaczkę fragmenty tkanek z zarażonych węzłów chłonnych. W każdej próbówce rozpocząłem hodowlę innego organizmu. Ten, który posiadał zdolność walki z rakiem, otaczał go i pożerał. Ta białkowa „materia”, a ściślej grzyb, rozrastała się i owijała wokół nowotworu. W ciągu kilku dni już go prawie nie było, a po paru tygodniach w próbówce pozostawał tylko grzyb! Uzyskujemy zatem nowe możliwości terapeutyczne. Organizm nemezis może nam dostarczyć wysoce wyspecjalizowanych substancji chemicznych zdolnych zabić raka, lecz nie atakujących innych tkanek. Po wtóre, daje nam kompleksy znakujące, które przylegają do raka od zewnątrz i czynią go widzialnym dla systemu immunologicznego. Po trzecie wreszcie, otrzymujemy kompletny zestaw specyficznych enzymów trawiennych, które trawią tylko i wyłącznie raka. A zatem to maleństwo nie tylko niszczy chorobę, ale jeszcze po sobie sprząta! Dzięki systemowi znakującemu, system immunologiczny człowieka dostrzega włóknistą sieć białka, która spowija od zewnątrz raka, ale nie widzi samego nowotworu. Organizm odkrywa intruza i chce go zniszczyć. 
Należy zatem pobrać ekstrakt białka, które przylega do nowotworu i wstrzyknąć go choremu, u którego połączy się on z nowotworem w ciele pacjenta. W ten sposób organizm zauważy go, ponieważ będzie oznakowany białkiem bakterii, grzyba lub wirusa. Nikt z nas nie ma problemu z pozbyciem się kaszlu lub przeziębienia w ciągu tygodnia albo dwóch. Tak samo możemy pozbyć się raka – trzeba tylko sprawić, żeby wyglądał jak kaszel albo przeziębienie poprzez przyczepienie do niego cząsteczek kaszlu bądź przeziębienia. Organizm zaatakuje go wówczas, zniszczy i usunie. Zdarzały się jednak przypadki, że u pacjentów, u których leczono nowotwory kompleksem znakującym, po paru miesiącach lub latach dochodziło do pogorszenia stanu zdrowia. Wskazywało to, że znakowanie raka to nie wszystko, że samo oznaczenie komórki rakowej nie usuwa przyczyny choroby. W grę wchodzi jeszcze jakiś czynnik. Interesujące obserwacje poczyniono przed dwudziestu laty, gdy pacjentom chorym na białaczkę niszczono szpik kostny, aby następnie zastąpić go szpikiem pochodzącym od innego dawcy. Okazało się, że białaczka nieodmiennie powracała. I co wówczas mówili lekarze? „Bardzo mi przykro, panie Jones, kiedy pana leczyłem chemio- i radioterapią jedna komórka podzieliła się i ukryła, a potem rozmnożyła się i z powrotem opanowała cały organizm… jedna, jedyna komórka”. Jedna czy też kilka komó- rek, które wymknęły się spod kontroli, wywołały nawrót choroby. Można tym tłumaczyć niektóre przypadki, ale stosowanie tego wyjaśnienia do wszystkich nawrotów raka jest czystą bzdurą! Lecząc białaczkę usuwa się pacjentowi szpik kostny. Nic z niego nie zostaje! Daje mu się szpik pobrany od kogoś innego. Po sześciu miesiącach białaczka wraca. No dobrze, gdyby sprawcą tego była jakaś pozostawiona komórka, to przy kolejnym badaniu powinno okazać się, że mamy do czynienia z tą samą odmianą białaczki, jaką leczyliśmy przed uzyskaniem remisji, prawda? To powinna być taka sama komórka. 
Tymczasem po przeprowadzeniu testów DNA wyszło na jaw, że nie tylko nie jest to ta sama komórka, ale na dodatek pochodzi od dawcy. To szpik dawcy przekształcił się w komórki białaczki! Odkrycie to zostało opisane w konwencjonalnej literaturze medycznej, a jego sens jest taki, że choroba nowotworowa nie jest równoważna z rakiem komórek. Jest jeszcze coś w ciele pacjenta, co regeneruje i zasila raka. Dopóki się do tego czegoś nie dotrze, skuteczne pozbycie się choroby nie będzie możliwe. Tak więc pracowałem w zastawionym próbówkami laboratorium, wynajdując organizmy nemezis, ale raz po raz natykałem się na zjawisko, które doprowadzało mnie do rozpaczy. Traktowałem raka jednym organizmem, powiedzmy, Escherichia coli, a po śmierci komórek rakowych znajdowałem rozwijające się inne organizmy, których tam nie umieszczałem. Zazwyczaj miały one postać gronkowcową lub paciorkowcową. Niekiedy pojawiały się też pałeczki kwasooporne, w zależności od użytego do hodowli środka oraz czasu jej trwania. To naprawdę ciekawe. Mamy tutaj do czynienia z czymś, co niektórzy nazywają „polimorfizmem”. Z pary elementów wykształcają się wydłużone, pałeczkowate struktury – forma ziarniakowata ulega przemianie w pałeczkowatą. Polimorfizm w pełnej krasie. Zwróciłem się o pomoc do kolegów: — Słuchajcie, skąd się ciągle biorą ci nieproszeni goście? Przecież umieszczam w próbówce sterylnego raka. Potem zarażam go czymś zupełnie innym, a te struktury i tak się pokazują. — Wiesz co, Sam, prawdopodobnie kichnąłeś i skaziłeś całą partię! — usłyszałem w odpowiedzi. — Ale to się powtarza raz za razem. Czyżby na pewno było to skażenie? — Tak, z całą pewnością. Sto lat temu wszyscy obwiniali takie skażenie o wywoływanie raka. Mam poświęconą temu tematowi literaturę. Napisano tysią- ce artykułów o bakteriach, organizmach bakteryjnych i grzybach jako sprawcach raka. W miarę rozwoju technologii musimy jednak odrzucić to, co oczywiste, a kiedy już to odrzucimy, odkrycie prawdy staje się bardzo trudne. Jak więc mam dowieść, że te organizmy są w jakiś zawiły sposób rzeczywiście związane z procesem rozwoju raka lub AIDS? W pierwszej kolejności należy wyhodować je z komórek rakowych, wstrzyknąć kilku zwierzętom i przekonać się, ile z nich zachoruje na raka. Okazuje się, że niemało. Ponieważ owe struktury nie zabijają zwierzęcia, dochodzi do rozwoju raka. Co dziwne, wygląda na to, że wywołanie raka przedłuża życie zwierzęcia. A teraz pójdźmy nieco dalej. 
To, co zamierzam powiedzieć, jest tylko teorią i nie ma związku ze skutecznością terapii. A jeśli ci intruzi nie wywołują reakcji systemu odpornościowego? Są przetrzymywani w środku raka; ciało nie robi nic, żeby ich zwalczyć, a jednak się nie rozprzestrzeniają. Co ich powstrzymuje? A jeśli to nie rak jest prawdziwym wrogiem? Jeśli stanowi on ostatnią szansę organizmu na to, żeby zebrać ich w jednym miejscu tak, by nie mogli się rozwijać i uśmiercić nas w szybkim tempie? Jeśli tak naprawdę rak wyświadcza nam przysługę? Może to dlatego po kuracji z udziałem radio i chemioterapii wszystko szybko wraca do stanu poprzedniego, gdyż swoim działaniem uwolniliśmy zagrożenie z pułapki? Jeszcze raz podkreślam, że to tylko teoria! Omawiana terapia w najgorszym przypadku pozwala kontrolować przebieg choroby, w najlepszym zaś może spowodować niezwykłą w swej szybkości poprawę stanu zdrowia. W wielu przypadkach po tygodniu lub dwóch leczenia nowotwór zmniejszył swoje rozmiary o połowę. Osiągnięcie takiego rezultatu bez wyraźnych efektów toksycznych bądź obumierania jest rzeczą niesłychaną, a jednak w tej metodzie one nie występują. Kiedy podążamy śladami natury i postępujemy zgodnie ze wskazówkami, jakich udziela nam samoistna remisja, Terapia Indukowanej Remisji może zapewnić wyleczenie przy znikomych efektach ubocznych. Nie wybierałem specjalnie tego forum, aby dzisiaj przed nim wystąpić. Nie obrażając nikogo, wolałbym zwracać się do lekarzy praktyków i przedstawiać tę metodę nie jako terapię alternatywną, ale konwencjonalną. Przez 12 lat próbowałem opublikować wyniki badań w konwencjonalnej literaturze, przez 12 lat chodziłem od szpitala do szpitala i wszędzie traktowany byłem jak śmieć. W świetle tego, co przeczytałem dzisiaj w gazecie, w której ktoś napisał artykuł potępiający tę konferencję, wygląda na to, że jego autor stoi na stanowisku, że jeśli establishment konwencjonalnej medycyny w swojej świętości nie zgadza się z jakąś koncepcją czy terapią, oznacza to, że opinia publiczna jest zbyt głupia, aby w pełni to zrozumieć i dokonać samodzielnej oceny. Takie podejście sugeruje, że skoro ludzie są tacy głupi, to nie powinno się im dawać takiej szansy. Pod adresem autora mogę tylko powiedzieć, że największym głupcem jest człowiek zaślepiony, wypowiadający opinie o rzeczach, których nie doświadczył ani osobiście nie zbadał. W tej „epoce Kevorkiana”, jak ją nazywam, w czasach kiedy ludzie cenią sobie godną śmierć w obliczu cierpienia, bólu i choroby, oferuję technologię mogącą położyć kres cierpieniu, bólowi i chorobie. Modlę się też o to, aby wysiłki wspierające godną śmierć przeniesione zostały na godne życie. 
TERAPIA INDUKOWANEJ REMISJI – NOWE DANE (1998) Po latach wykładów, prezentacji i publicznych wystąpień, jak również udziału w programach radiowych, telewizyjnych oraz wywiadów prasowych przekonuję się, że konwencjonalna medycyna w dalszym ciągu niewiele wie o skuteczności mojej terapii potwierdzonej na przykład osiągnięciem remisji AIDS. Każdy lekarz może złożyć zdumiewające oświadczenia, ale dopiero niezależne, wolne od uprzedzeń badania są wiarygodną metodą wykazania skuteczności leczenia. Ich wyniki nie tylko dowiodłyby skuteczności moich szczepionek, ale także wywołałyby zainteresowanie nową obiecującą terapią. Dlatego też zabrałem historie chorób leczonych przez siebie pacjentów chorych na AIDS do Cedar Sinai Medical Center z prośbą o ocenę. Dr Shlomo Melmed był zaskoczony wynikami i poradził mi, abym wysłał próbki szczepionki do Wydziału AIDS i Chorób Odpornościowych Centrum Chorób Zakaźnych. Analizy kliniczne przeprowadzone przez dra Erica Daara wykazały, że spośród 22 testowanych próbek, 20 wykazało dziewięćdziesięciodziewięcioprocentową skuteczność w neutralizowaniu HIV-1. Analiza ta została poparta niezależnym badaniem w klinicznych laboratoriach Uniwersytetu Południowej Kalifornii. W jego trakcie dokonano oględzin w mikroskopie elektronowym próbek krwi pobranych od kontrolnej grupy osób zainfekowanych wirusem HIV. W efekcie uzyskano ponad sto zdjęć pokazujących atak, śmierć, rozkład i usunięcie wirusa HIV. Kierujący testami lekarz stwierdził, że „ilość nietkniętych cząsteczek wirusa po zastosowaniu szczepionki u każdego pacjenta zmniejszyła się o około 50 procent”. Przykłady tego procesu od ataku do oczyszczenia pokazują wykonane fotografie. Pierwsza z nich, zrobiona przy użyciu mikroskopu elektronowego, przedstawia fragment komórki peł- nej cząsteczek wirusa HIV. Następna ukazuje komórkę w trzy dni później – poprawie uległa jej stabilność, zmniejszyła się też ilość cząsteczek wirusa. Trzecia fotografia została wykonana sześć dni po podaniu szczepionki. Widać na niej, że w komórce pozostały tylko nieliczne cząsteczki wirusa. Ostatnie, czwarte, zdjęcie pochodzi z dziewiątego dnia terapii. Nie ma na nim żadnych wewnątrzkomórkowych cząsteczek wirusa, za to można na nim wreszcie zobaczyć jądro komórki. Dowody uzyskane na poziomie komórkowym potwierdzają, że AIDS oraz raka można zaatakować genetycznie bez wywoływania znacznych zaburzeń zdrowych szybko mnożących się komórek niezbędnych do podtrzymywania życia. Czy sądzicie Państwo, że media, społeczność medyczna i inni okazali zainteresowanie tak fantastycznymi wynikami leczenia? Choć trudno w to uwierzyć, instytuty obdarzone publicznym zaufaniem i środkami, mające za zadanie odkrywać i wdrażać nowe terapie, opóźniają zastosowanie ratującej życie technologii. Miałem nadzieję, że znajomość Terapii Indukowanej Remisji będzie stale rosła, a Urząd ds. Leków i Żywności pozwoli zastosować ją u niezliczonych ofiar raka i AIDS, dla których nie ma praktycznie innej nadziei. Tymczasem wyżej wymienione instytuty medyczne i lekarze zgodnie zaprzeczyli jakimkolwiek związkom ze mną. Zaprzeczyli istnieniu imponujących wyników testów, a nawet znajomości ze mną i dopiero zmuszeni stanąć przed sądem w San Diego w Kalifornii w procesie cywilnym (sprawa nr 700406) zeznali, jak było naprawdę. To ich niezrozumiałe zachowanie zmusiło mnie do złożenia pozwu, między innymi po to, aby wyniki badań zostały zarejestrowane w sądzie jako dowód. Mamy skłonności, by czcić naszych lekarzy niczym bogów, którzy ratują nas od chorób. Skoro jednak ci fałszywi bogowie nas zawodzą, to czy nie nadeszła pora, aby odpowiedzialność za nasze życie i zdrowie wziąć w swoje ręce? W miarę jak opinia publiczna zaczyna dowiadywać się o obiecujących możliwościach Terapii Indukowanej Remisji, coraz częściej padają pytania o powody jej blokowania. Zawsze oburzałem się, gdy moją pracę wrzucano do pojemnego worka „medycyny alternatywnej”. Przecież metoda ta wykorzystuje ekstremalnie ześrodkowane elementy „medycyny konwencjonalnej”. 
Tym niemniej w poszukiwaniu różnych form terapii, które mogłyby wzbogacić lub nawet zastąpić moje odkrycia, niezmiennie interesuję się rozwiązaniami alternatywnymi pozostającymi w opozycji do konwencjonalnych, toksycznych i nierzadko barbarzyńskich metod. Byłem mocno oburzony, gdy odkryłem organizacje medycyny alternatywnej sprzedające zrozpaczonym pacjentom owocowe soki czy witaminę C w zastrzykach po kilkaset, a niekiedy nawet po kilka tysięcy dolarów, choć w rzeczywistości były one warte kilka centów. Przedstawiłem wówczas następującą ofertę: wypłacę 100000 dolarów każdemu autorowi „alternatywnej” terapii, który udowodni uzyskanie pełnej remisji w 10 przypadkach raka. Ponadto przygotowałem także ofertę dla sceptycznego świata medycyny konwencjonalnej: 100000 dolarów dla każdej poważnej organizacji medycznej, która przeprowadzi badania moich szczepionek przeciwko rakowi i AIDS, a następnie opublikuje wyniki. Jak na razie nikt się nie zgłosił po pieniądze. Terapia Indukowanej Remisji może z pomocą dodatkowych źródeł i profesjonalistów z przemysłu medycznego, którym naprawdę zależy na zwalczaniu chorób i którzy dysponują warunkami do katalogowania, przechowywania i hodowli samorodnych szczepionek na wielką skalę, przynieść doskonałe rezultaty i zmienić dzisiejsze metody leczenia. Z historycznego punktu widzenia, wszelkie instytucje są przeciwne zmianom i dlatego zmiany następują powoli. Aby jakakolwiek obiecująca terapia została zaakceptowana przez główny nurt medycyny, potrzeba paradygmatycznej zmiany w nauce medycznej. Terapia Indukowanej Remisji walczy z chorobą na poziomie genetycznym. Na dzień dzisiejszy jest to jedyna terapia koncentrująca się na zwalczaniu choroby już na tym poziomie. Źródła wielu schorzeń znajdują się na poziomie genetycznym, toteż Terapię Indukowanej Remisji można stosować w leczeniu całego szeregu chorób. Korekta genetyczna jest jedyną nadzieją na wyleczenie AIDS czy raka i kontrastuje wyraźnie z dostępnymi toksycznymi metodami, które atakują mechanizmy chorobowe oraz symptomy, lecz pozostawiają uszkodzony wzorzec będący źródłem choroby. Najlepszym przykładem niezwykłych możliwości tej terapii jest genetyczne usunięcie wirusa HIV z jądra komórki. Ciało nie tylko uwalnia się od choroby, ale jest również w stanie naprawić uszkodzenia odniesione w jej trakcie. Otwiera to zupełnie nową dziedzinę regeneracji komórkowej, o której przedtem można było tylko marzyć. Możność odwracania uszkodzeń DNA wywołanych wiekiem lub chorobami otwiera przed nami cały nowy świat terapeutycznych możliwości z niemal nieskończoną liczbą zastosowań

 

Печатать


Podróż Do Innych WymiaróW

Общая Трекбэки (0)

DOBRY STATEK „CIEKAWOŚĆ” Śmierć była kiedyś dla mnie wielką niewiadomą. Wpatrując się w morze zastanawiałem się, czy za horyzontem fizycznego życia jest jakiś brzeg. Religie od wieków nauczają nas o czekającej nas tam wiecznej rozkoszy lub udręce, zaś nauka o granicy, po przekroczeniu której przechodzimy w niebyt. Kiedyś sądziłem, że osoba utrzymująca, że wie, co znajduje się na tym odległym brzegu, musi mieć jakiś specjalny dar, być może doświadczenie wynikające z przeżycia stanów bliskich śmierci, lub otrzymać jakiś kosmiczny impuls, który tłumaczyłby jej możliwości. Niestety, nic takiego nie ma miejsca w moim przypadku. Jestem zwykłym człowiekiem, którego zainteresowanie sprawą istnienia człowieka poza światem fizycznym doprowadziło do nadzwyczajnego doświadczenia prowadzącego do nabycia tej zdolności. Odkryłem, że nic nie oddziela nas, zwykłych ludzi, od niej, z wyjątkiem woli poznania skłaniającej nas do udania się na odkrywczą wyprawę. DZIECIĘCA WYPRAWA Często zdarza się, że jakieś wspomnienie z odbytej w dzieciństwie podróży jest tym, co ukierunkowuje nas na poszukiwania w dziedzinie życia pozagrobowego. Kiedy miałem dwadzieścia kilka lat, powróciło do mnie jedno z takich wspomnień z dzieciństwa, które sprowokowało moją ciekawość. Mieszkając na lesistym pustkowia Alaski śniłem na jawie sen, który powtarzał się przynajmniej raz w tygodniu przez cały miesiąc. Było to w roku 1953, kiedy miałem pięć lat… Bawiąc się na zewnątrz, tak jak to robią dzieci, byłem nagle przenoszony w inne miejsce, gdzie panowała noc, a bezchmurne niebo wypełnione było gwiazdami. Po wspięciu się po skrzypiących, drewnianych schodach otwierałem drzwi i wchodziłem do pokoju znajdującego się na drugim piętrze w małym otynkowanym na biało domu. Wewnątrz trzepotała lekko biała, gładka zasłona zakrywająca usytuowane na przeciwległej ścianie okno. Między nią i miejscem, w którym stałem, znajdowało się wielkie łóżko z mosiężnymi poręczami, a w nim uśmiechająca się do mnie i przywołująca mnie kobieta. Przyłączałem się do niej, nie mając wówczas najmniejszego pojęcia, skąd bierze się ogarniająca mnie radość i lekkość, z jaką się poruszałem. Następnie ogarniała mnie trwoga na odgłos ciężkich kroków kogoś wchodzącego po skrzypiących schodach.

Drzwi otwierały się z hukiem i stawał w nich rozgniewany potężny mężczyzna zasłaniający sobą całe wejście. Wiedziałem, że jeśli mnie złapie, zginę albo przydarzy mi się coś jeszcze gorszego. Staczałem się z łóżka i nagi biegłem w kierunku okna, po czym skakałem przez białą zasłonę w oknie głową do przodu. Będąc przerażonym do szpiku kości ostatnią rzeczą, jaką pamiętałem, było dotknięcie koniuszkami palców zasłony… Potem ten dzienny sen-zwid kończył się i na powrót byłem na dworze i bawiłem się, lecz serce biło mi mocno z przerażenia. Jako pięcioletni chłopiec nie rozumiałem, dlaczego ten mężczyzna chciał mnie zabić. Przywołując to wspomnienie jako dwudziestokilkuletni mężczyzna zastanawiałem się, skąd się wziął ten zwid. Jakim cudem mogłem wiedzieć jako pięcioletni chłopiec, jak wyglądają łóżka z mosiężnymi poręczami, seks lub zazdrość, uczucie tak potężne, że czasami prowadzi do zbrodni? A uczucia, które towarzyszyły temu przeżyciu – skąd brała się rozkosz, radość i uciecha, które odczuwałem będąc z tą kobietą, i dławiące gardło przerażenie? Było jasne, że nie ma żadnego logicznego, racjonalnego wyjaśnienia tego dziecięcego wspomnienia-podróży. W roku 1953 rodzice nie zabierali dzieci na takie filmy do kina. Swój pierwszy program telewizyjny obejrzałem dopiero rok później, poza tym telewizja nie nadawała w latach pięćdziesiątych tego rodzaju historii. Moje poszukiwania w literaturze, poddawanie w wątpliwość wierzeń i zgłębianie wszelkich możliwości trwały całe lata, zanim doszedłem w końcu do jedynego możliwego wniosku: miałem inne życie w innym miejscu i czasie. Zastanawiając się nad tym zwidem z dzieciństwa zdałem sobie sprawę, że przedstawia on wspomnienie ostatnich chwil tamtego życia. Ciekawość doprowadziła mnie do tego, że zaakceptowałem reinkarnację jako coś realnego, prawdziwego. SZLAKI WIODĄCE DO WIEDZY O ŻYCIU PO ŚMIERCI Odkrycie lądu za horyzontem śmierci poprzedzone zostało odkryciem szlaków wiodących poprzez otwarty ocean, o których było wiadomo, że tam prowadzą. W roku 1992 moja ciekawość odkryła szlak do wiedzy o życiu po śmierci wytyczony i opisany przez Roberta A. Monroe’a, który był owocem jego niezliczonych wypraw eksterioryzacyjnych. Poruszając się wytyczonym przez niego szlakiem zwanym „odnajdywaniem” można nauczyć się w ramach programu Lifeline (Linia Życia) realizowanego w jego instytucie w Wirginii metody eksploracji życia pozagrobowego. Monroe twierdził, że niektórzy ludzie grzęzną po śmierci w izolowanych rzeczywistościach będących ich własnym wytworem. Odbywał częste wyprawy poszukiwawcze, nawiązując kontakt i pomagając tego rodzaju ludziom. Udzielał wskazówek tym, którzy podążali wytyczonym przezeń szlakiem. Voyages Into the Unknown (Podróże w nieznane) i Voyage Beyond Doubt (Podróż poza wątpliwość), dwie pierwsze książki z mojej serii opisującej eksplorację życia po śmierci, opowiadają o moich trwających trzy i pół roku badaniach tego aspektu naszego bytu. Lata te wypełniały wątpliwości i sceptycyzm. Nie mogłem otrząsnąć się z dręczącego mnie odczucia, że to wszystko jest wytworem mojej wyobraźni, że pewnego dnia okaże się, że to wszystko jest złudzeniem. KOMPONENTY ŚWIADOMOŚCI W czasie moich wczesnych wypraw metodą Linii Życia odkryłem klucz do wzajemnego oddziaływania między mną i realiami świata pozafizycznego. Spodziewałem się, że będę tam prawie identycznie jak w świecie fizycznym widział, słyszał, dotykał, smakował i czuł, lecz każde usiłowanie znalezienia czegoś lub kogoś poza horyzontem kończyło się unieruchomieniem, frustrującym zawieszeniem w czarnej pustce. I wtedy ktoś podpowiedział mi, że to, co usiłuję postrzec, jest być może subtelną energią, której zmysły świata fizycznego nie są w stanie percypować. Ta wskazówka pozwoliła mi zrozumieć dwa główne składniki mojej świadomości: perceptora (postrzegacza) i interpretatora. Interpretator Z moich doświadczeń wyłoniła się pewna prawidłowość.

W momencie kiedy zaczynam „widzieć” coś okiem umysłu, to coś nagle znika rozproszone przez całą serię pozornie przypadkowych myśli. Zacząłem uważnie obserwować to zjawisko i stwierdziłem, że jeśli w mojej świadomości pojawia się coś, na przykład obraz pochodzący z oka umysłu, natychmiast rozpoczyna się wewnę- trzny dialog. To, co odkryłem, jest wytworem Interpretatora. Przywołuje on do świadomości wszystko, co zostało zmagazynowane w pamięci i co w jakimś, nawet najmniejszym, stopniu przypomina oryginalny obraz. Jeśli nie zweryfikujemy tego, wówczas głos Interpretatora będzie dostarczał nam coraz więcej pokrewnych obrazów z towarzyszącą im bezładną gadaniną, która kompletnie wypchnie ze świadomości oryginalny obraz widziany okiem umysłu. Okazuje się, że Interpretator stanowi witalną funkcję naszej świadomości. Poprzez mentalne związki między pamięcią i nowym obrazem tworzy on wewnątrz wspomnień łączące go z nimi relacje. Właśnie w ten sposób uczymy się zapamię- tywania. Jeśli pozwolimy Interpretatorowi działać zbyt długo, wówczas postrzeganie czegokolwiek poza pojedynczym obrazem ulegnie zablokowaniu. Chciałem czegoś więcej i doszedłem do wniosku, że muszę nauczyć się wygłuszania ustawicznego bełkotu Interpretatora. Wymagało to czujności, siły woli i uporu i w końcu udało mi się wyciszyć ten wewnętrzny dialog. Dokonując tego poznałem ograniczenia drugiego składnika świadomości – Perceptora. Perceptor Perceptor to w rzeczy samej czysta percepcja (postrzeganie). Nie posiada on absolutnie żadnej funkcji asocjacyjnej ani możliwości rejestrowania w pamięci tego, co postrzega. Kiedy już nabrałem wprawy w wyłączaniu Interpretatora przy pierwszej oznace włączania się jego bełkotliwego głosu, wyłączałem się, to znaczy stawałem się odporny na doświadczanie. Wyłączanie się jest niesamowite. Z kolei odzyskiwanie świadomości pozostawia wyraźne uczucie, że mogły minąć trzy sekundy lub trzy tysiące lat i nie ma sposobu, aby dowiedzieć, ile rzeczywiś- cie upłynęło czasu. Jest możliwe, że w trakcie tych wyłą- czeń postrzegałem więcej niż pojedyncze, przelotne obrazy. Można to porównać do czegoś w rodzaju trójwymiarowego, kolorowego filmu z dźwiękiem stereo, lecz nie mam świadomej pamięci czegoś takiego. Odzyskiwanie równowagi Zdając sobie sprawę z tego, że muszę znaleźć drogę prowadzącą poza tę wielką barierę rafy mojej świadomości próbowałem połączyć wiedzę płynącą z obu koń- ców podróży. Nie była to łatwa podróż i więcej niż raz musiałem pożeglować z powrotem zawracając z drogi prowadzącej do nikąd. Równowaga, koniec podróży poza tę rafą, przychodziła, kiedy nauczyłem się szybko przenosić swoją świadomość między Perceptorem i Interpretatorem. Otwierając percepcję, na początku pozwalałem Perceptorowi, aby dostarczył mojej świadomości informacji pochodzącej z niematerialnego świata, a następnie pozwalałem Interpretatorowi na komentowanie jej w takim wymiarze, aby zakotwiczyć ją w pamięci. Na początku walka o wyciszenie Interpretatora zabierała zbyt dużo czasu i obrazy dostarczane przez Perceptora ulegały zatarciu. Na szczęście obrazy powracały, kiedy Interpretator wyłączał się! Stopniowo nauczyłem się szybko przełączać świadomość między nimi dwoma, dzięki czemu percepcje w niematerialnym świecie stały się ciągłe i były rejestrowane w pamięci. WYOBRAŹNIA – NASZ SZÓSTY ZMYSŁ Stosunkowo wcześnie odkryłem, że moje podróże według metody Linii Życia wymagają w początkowej fazie działania wyobraźni jako sposobu na sprawienie, aby cokolwiek się działo. Bez pobudzenia wyobraźni dryfowałem bez celu w czarnej otchłani. Właśnie dlatego tak bardzo bałem się, aby nie paść jej ofiarą.

Kiedy jednak pozwalałem sobie na przykład na wyobrażenie obustronnej rozmowy ze zmarłą osobą, z miejsca zaczynało się coś dziać. Zmarli ludzie zaczynali mówić o rzeczach, których z całą pewnością nie mogłem sam wymyślić. Na przykład spotkałem tam starszą panią wołającą: „Maggie, Maggie! Co ty tu robisz?” – przyglądając się innej, nieznanej, zbliżającej się do niej niematerialnej kobiecie. W żaden sposób nie mogłem wiedzieć, że to jej dawno zmarła matka, co potwierdziła później żyjąca prawnuczka Maggie. W czasie moich pierwszych trzech lat eksploracji życia po śmierci za pomocą podróży w obszar tamtej rzeczywistości, tego rodzaju wydarzenia miały często miejsce. Po pewnym czasie odkryłem, że tego rodzaju stymulacja jest dobrym sposobem na pobudzenie wyobraźni – zmysłu postrzegania wewnątrz pozafizycznego świata, który jest tak samo rzeczywisty jak wzrok i słuch w świecie fizycznym. Ilekroć bywałem unieruchomiony, wyobrażenie czegokolwiek sprowadzało wiatr, który napełniał moje żagle. Uruchomiona, wyobraźnia (nasz szósty zmysł) wypełniała dziennik pokładowy mojego okrętu szczegółami moich poszukiwawczych wypraw. PARTNERSKIE EKSPLORACJE Na swoją odkrywczą wyprawę poza horyzont Kolumb nie popłynął sam pojedynczym statkiem, ale w towarzystwie innych, z którymi dzielił przeżycia oraz odkrycia w Nowym Świecie. Przez długi czas, dopóki nie poznałem Rebeki, prowadziłem badania samotnie. Będąc adeptem eksploracji niematerialnego świata zaofiarowała mi swoją pomoc w opanowaniu najpotężniejszej, weryfikowalnej metody, jaką znam. Podczas „partnerskiej eksploracji” dwoje lub więcej ludzi umawia się na spotkanie w niematerialnym świecie w celu prowadzenia badań lub innych czynności poza horyzontem. Tego rodzaju eksploracja może trwać od kilku minut do godziny, a nawet dłużej. Po każdej sesji uczestnicy zapisują w swoich dziennikach wszystko, co zapamiętali ze swojej wspólnej „niematerialnej” wyprawy. W czasie gdy uczyłem się tej techniki, Rebeka mieszała w odległości 1600 mil (2574 km) ode mnie. Porównując telefonicznie nasze notatki zawsze słyszałem od niej to, co sam zapamiętałem, i odwrotnie. Nie miało znaczenia, czy był to wspólnie zaplanowany przez nas wypad, czy też nasza wyprawa miała charakter spontaniczny. Nasze spostrzeżenia zawsze się zgadzały! Gromadząc kilka lat później materiał do mojej czwartej książki poświęconej eksploracji życia po śmierci posługiwałem się partnerską eksploracją w grupie liczącej od dwóch do pięciu osób. WIARA I TOŻSAMOŚĆ W ciągu tych pierwszych lat eksploracji mój dziennik okrętowy wypełnił się z informacjami w sposób wystarczający weryfikującymi tezę o istnieniu życia po śmierci. Mimo to wątpliwości wciąż żeglowały ze mną nie opuszczając mnie na krok. Gdzieś wewnątrz mnie tkwiło przekonanie, że musi istnieć jakieś inne wyjaśnienie dokładności uzyskanych informacji i że pozbawi ono wszystko sensu. Potem, podczas wypadu mającego na celu odszukanie Joe’ego, niedawno zmarłego ojca jednego z moich przyjaciół, pozbyłem się wszelkich wątpliwości. Różne aspekty tego przeżycia zostały w niepodważalny sposób zweryfikowane, co zmusiło mnie to do akceptacji życia po śmierci jako istniejącej rzeczywistości. Przez kilka dni po akceptacji życia po śmierci jako niezaprzeczalnego faktu czułem się zdezorientowany, są- dząc, że w którymś momencie otaczający mnie świat sczernieje niczym ekran w kinie po zakończeniu filmu. Wiedziałem, że kiedy to się stanie, będę zagubiony w czarnej, bezpostaciowej pustce, z której nie ma ucieczki. Nie rozpoznawałem osoby, która zaprzątnęła mój umysł tymi niezwykłymi myślami. Byłem pewny, że wkrótce umrę. Psychiatra opisałby prawdopodobnie moje odczucia jako kryzys tożsamości i trudno byłoby mu się dziwić. Zacząłem stopniowo odczuwać, że po ściemnieniu otaczającego mnie świata do czerni, wyłoni się nowy, zupełnie inny, nieznany świat, w którym zamieszkam. Ten proces powiedział mi wiele wierzeniach i mojej tożsamości. Mój świat jest światem sfabrykowanym, podobnie jak wszystkie inne, jako że ich zasadniczym budulcem są wierzenia. Od urodzenia wszystkim swoim doświadczeniom przyglądałem się przez lupę rosnącego bagażu wierzeń, budując w ten sposób swój pogląd na świat, w którym żyję. Soczewka ta zawsze powodowała pewne zniekształcenia (moje wierzenia) przechodzącego przez nią obrazu rzeczywistości, zaś akceptacja życia po śmierci jako realnej rzeczywistości zrodziła głęboki konflikt z moimi podstawowymi, ugruntowanymi wierzeniami. W następstwie akceptacji istnienia życia po śmierci mój obraz świata rozleciał się na kawałki i zniknął, nie pozostawiając miejsca dla mojego „ja” w nowym świecie. Moje stare wierzenia wytworzyły rzeczywistość, w której doświadczyłem wszystkiego, i w ten sposób wytworzyło się pojęcie mojego „ja”, tego, co doznało tych przeżyć. „Ja” oznacza to, w co wierzę. Cokolwiek wkracza do mojej świadomości i przeciwstawia się moim wierzeniom, przeciwstawia się mojemu istnieniu. Do przetrwania mojej tożsamości konieczne jest niedopuszczanie do świadomości takich wydarzeń albo uznawanie ich z pomocą moich zniekształceń za niemożliwe. Akceptacja czegokolwiek, co pozostaje w konflikcie z moimi wierzeniami, wywołuje walkę na śmierć i życie, w której moje „ja” jest zagrożone. Akceptując istnienie życia po śmierci przegrałem tę walkę i dosłownie zmarłem. To właśnie było źródłem dezorientacji, którą odczuwałem, powodem, że odczuwałem nieuchronność śmierci. W czasie tej walki zrodziło się moje nowe „ja”, które wyłoniło się niczym dziecko z macicy. Patrzyłem na świat, który mnie otaczał, przez nową soczewkę. Moja stara tożsamość zginęła i byłem otwarty na nowy sposób percepcji w świecie, który rozciągał się teraz daleko poza horyzont fizycznej rzeczywistości.

Печатать


Добро пожаловать!

Общая Трекбэки (0)
Если вы читаете это сообщение, значит регистрация на сервисе блогов http://mublog.ru прошла успешно и вы можете начать вести свой блог. Если у Вас есть какие либо вопросы по работе с блогом, сначала прочитайте инструкции в блоге техподдержки http://mublog.ru/info и если Вы не нашли решения Вашей проблемы, то можете задать свой вопрос в комментариях. Если в течении месяца кроме этого текста в блоге больше ничего не будет опубликованно, то Ваша учётная запись и блог будут удаленны! Так же удаляются блоги в которых кроме рекламы и ссылочного спамма больше ничего нет. Блоги в которых долгое время не появляются новые записи (более полугода) и не представляющие интереса для посетителей так же удаляются в целях очищения базы блогов от никому не нужного мусора. Не забывайте что это сервис блогов а не каталог статей с кучей спамных ссылок. Администрация блогов имеет право удалять блоги создаваемые исключительно для обмана поисковых систем без предупреждения! По всем вопросам связанным с сервисом блогов пожалуйста обращайтесь по обратной связи к модератору с главной страницы блогов.
Печатать

Powered by Lifetype. Template adapted by Russian Lifetype