Podróż do innych wymiarów

Воскресенье, 1st Апрель 2018

DOBRY STATEK „CIEKAWOŚĆ” Śmierć była kiedyś dla mnie wielką niewiadomą. Wpatrując się w morze zastanawiałem się, czy za horyzontem fizycznego życia jest jakiś brzeg. Religie od wieków nauczają nas o czekającej nas tam wiecznej rozkoszy lub udręce, zaś nauka o granicy, po przekroczeniu której przechodzimy w niebyt. Kiedyś sądziłem, że osoba utrzymująca, że wie, co znajduje się na tym odległym brzegu, musi mieć jakiś specjalny dar, być może doświadczenie wynikające z przeżycia stanów bliskich śmierci, lub otrzymać jakiś kosmiczny impuls, który tłumaczyłby jej możliwości. Niestety, nic takiego nie ma miejsca w moim przypadku. Jestem zwykłym człowiekiem, którego zainteresowanie sprawą istnienia człowieka poza światem fizycznym doprowadziło do nadzwyczajnego doświadczenia prowadzącego do nabycia tej zdolności. Odkryłem, że nic nie oddziela nas, zwykłych ludzi, od niej, z wyjątkiem woli poznania skłaniającej nas do udania się na odkrywczą wyprawę. DZIECIĘCA WYPRAWA Często zdarza się, że jakieś wspomnienie z odbytej w dzieciństwie podróży jest tym, co ukierunkowuje nas na poszukiwania w dziedzinie życia pozagrobowego. Kiedy miałem dwadzieścia kilka lat, powróciło do mnie jedno z takich wspomnień z dzieciństwa, które sprowokowało moją ciekawość. Mieszkając na lesistym pustkowia Alaski śniłem na jawie sen, który powtarzał się przynajmniej raz w tygodniu przez cały miesiąc. Było to w roku 1953, kiedy miałem pięć lat… Bawiąc się na zewnątrz, tak jak to robią dzieci, byłem nagle przenoszony w inne miejsce, gdzie panowała noc, a bezchmurne niebo wypełnione było gwiazdami. Po wspięciu się po skrzypiących, drewnianych schodach otwierałem drzwi i wchodziłem do pokoju znajdującego się na drugim piętrze w małym otynkowanym na biało domu. Wewnątrz trzepotała lekko biała, gładka zasłona zakrywająca usytuowane na przeciwległej ścianie okno. Między nią i miejscem, w którym stałem, znajdowało się wielkie łóżko z mosiężnymi poręczami, a w nim uśmiechająca się do mnie i przywołująca mnie kobieta. Przyłączałem się do niej, nie mając wówczas najmniejszego pojęcia, skąd bierze się ogarniająca mnie radość i lekkość, z jaką się poruszałem. Następnie ogarniała mnie trwoga na odgłos ciężkich kroków kogoś wchodzącego po skrzypiących schodach.

Drzwi otwierały się z hukiem i stawał w nich rozgniewany potężny mężczyzna zasłaniający sobą całe wejście. Wiedziałem, że jeśli mnie złapie, zginę albo przydarzy mi się coś jeszcze gorszego. Staczałem się z łóżka i nagi biegłem w kierunku okna, po czym skakałem przez białą zasłonę w oknie głową do przodu. Będąc przerażonym do szpiku kości ostatnią rzeczą, jaką pamiętałem, było dotknięcie koniuszkami palców zasłony… Potem ten dzienny sen-zwid kończył się i na powrót byłem na dworze i bawiłem się, lecz serce biło mi mocno z przerażenia. Jako pięcioletni chłopiec nie rozumiałem, dlaczego ten mężczyzna chciał mnie zabić. Przywołując to wspomnienie jako dwudziestokilkuletni mężczyzna zastanawiałem się, skąd się wziął ten zwid. Jakim cudem mogłem wiedzieć jako pięcioletni chłopiec, jak wyglądają łóżka z mosiężnymi poręczami, seks lub zazdrość, uczucie tak potężne, że czasami prowadzi do zbrodni? A uczucia, które towarzyszyły temu przeżyciu – skąd brała się rozkosz, radość i uciecha, które odczuwałem będąc z tą kobietą, i dławiące gardło przerażenie? Było jasne, że nie ma żadnego logicznego, racjonalnego wyjaśnienia tego dziecięcego wspomnienia-podróży. W roku 1953 rodzice nie zabierali dzieci na takie filmy do kina. Swój pierwszy program telewizyjny obejrzałem dopiero rok później, poza tym telewizja nie nadawała w latach pięćdziesiątych tego rodzaju historii. Moje poszukiwania w literaturze, poddawanie w wątpliwość wierzeń i zgłębianie wszelkich możliwości trwały całe lata, zanim doszedłem w końcu do jedynego możliwego wniosku: miałem inne życie w innym miejscu i czasie. Zastanawiając się nad tym zwidem z dzieciństwa zdałem sobie sprawę, że przedstawia on wspomnienie ostatnich chwil tamtego życia. Ciekawość doprowadziła mnie do tego, że zaakceptowałem reinkarnację jako coś realnego, prawdziwego. SZLAKI WIODĄCE DO WIEDZY O ŻYCIU PO ŚMIERCI Odkrycie lądu za horyzontem śmierci poprzedzone zostało odkryciem szlaków wiodących poprzez otwarty ocean, o których było wiadomo, że tam prowadzą. W roku 1992 moja ciekawość odkryła szlak do wiedzy o życiu po śmierci wytyczony i opisany przez Roberta A. Monroe’a, który był owocem jego niezliczonych wypraw eksterioryzacyjnych. Poruszając się wytyczonym przez niego szlakiem zwanym „odnajdywaniem” można nauczyć się w ramach programu Lifeline (Linia Życia) realizowanego w jego instytucie w Wirginii metody eksploracji życia pozagrobowego. Monroe twierdził, że niektórzy ludzie grzęzną po śmierci w izolowanych rzeczywistościach będących ich własnym wytworem. Odbywał częste wyprawy poszukiwawcze, nawiązując kontakt i pomagając tego rodzaju ludziom. Udzielał wskazówek tym, którzy podążali wytyczonym przezeń szlakiem. Voyages Into the Unknown (Podróże w nieznane) i Voyage Beyond Doubt (Podróż poza wątpliwość), dwie pierwsze książki z mojej serii opisującej eksplorację życia po śmierci, opowiadają o moich trwających trzy i pół roku badaniach tego aspektu naszego bytu. Lata te wypełniały wątpliwości i sceptycyzm. Nie mogłem otrząsnąć się z dręczącego mnie odczucia, że to wszystko jest wytworem mojej wyobraźni, że pewnego dnia okaże się, że to wszystko jest złudzeniem. KOMPONENTY ŚWIADOMOŚCI W czasie moich wczesnych wypraw metodą Linii Życia odkryłem klucz do wzajemnego oddziaływania między mną i realiami świata pozafizycznego. Spodziewałem się, że będę tam prawie identycznie jak w świecie fizycznym widział, słyszał, dotykał, smakował i czuł, lecz każde usiłowanie znalezienia czegoś lub kogoś poza horyzontem kończyło się unieruchomieniem, frustrującym zawieszeniem w czarnej pustce. I wtedy ktoś podpowiedział mi, że to, co usiłuję postrzec, jest być może subtelną energią, której zmysły świata fizycznego nie są w stanie percypować. Ta wskazówka pozwoliła mi zrozumieć dwa główne składniki mojej świadomości: perceptora (postrzegacza) i interpretatora. Interpretator Z moich doświadczeń wyłoniła się pewna prawidłowość.

W momencie kiedy zaczynam „widzieć” coś okiem umysłu, to coś nagle znika rozproszone przez całą serię pozornie przypadkowych myśli. Zacząłem uważnie obserwować to zjawisko i stwierdziłem, że jeśli w mojej świadomości pojawia się coś, na przykład obraz pochodzący z oka umysłu, natychmiast rozpoczyna się wewnę- trzny dialog. To, co odkryłem, jest wytworem Interpretatora. Przywołuje on do świadomości wszystko, co zostało zmagazynowane w pamięci i co w jakimś, nawet najmniejszym, stopniu przypomina oryginalny obraz. Jeśli nie zweryfikujemy tego, wówczas głos Interpretatora będzie dostarczał nam coraz więcej pokrewnych obrazów z towarzyszącą im bezładną gadaniną, która kompletnie wypchnie ze świadomości oryginalny obraz widziany okiem umysłu. Okazuje się, że Interpretator stanowi witalną funkcję naszej świadomości. Poprzez mentalne związki między pamięcią i nowym obrazem tworzy on wewnątrz wspomnień łączące go z nimi relacje. Właśnie w ten sposób uczymy się zapamię- tywania. Jeśli pozwolimy Interpretatorowi działać zbyt długo, wówczas postrzeganie czegokolwiek poza pojedynczym obrazem ulegnie zablokowaniu. Chciałem czegoś więcej i doszedłem do wniosku, że muszę nauczyć się wygłuszania ustawicznego bełkotu Interpretatora. Wymagało to czujności, siły woli i uporu i w końcu udało mi się wyciszyć ten wewnętrzny dialog. Dokonując tego poznałem ograniczenia drugiego składnika świadomości – Perceptora. Perceptor Perceptor to w rzeczy samej czysta percepcja (postrzeganie). Nie posiada on absolutnie żadnej funkcji asocjacyjnej ani możliwości rejestrowania w pamięci tego, co postrzega. Kiedy już nabrałem wprawy w wyłączaniu Interpretatora przy pierwszej oznace włączania się jego bełkotliwego głosu, wyłączałem się, to znaczy stawałem się odporny na doświadczanie. Wyłączanie się jest niesamowite. Z kolei odzyskiwanie świadomości pozostawia wyraźne uczucie, że mogły minąć trzy sekundy lub trzy tysiące lat i nie ma sposobu, aby dowiedzieć, ile rzeczywiś- cie upłynęło czasu. Jest możliwe, że w trakcie tych wyłą- czeń postrzegałem więcej niż pojedyncze, przelotne obrazy. Można to porównać do czegoś w rodzaju trójwymiarowego, kolorowego filmu z dźwiękiem stereo, lecz nie mam świadomej pamięci czegoś takiego. Odzyskiwanie równowagi Zdając sobie sprawę z tego, że muszę znaleźć drogę prowadzącą poza tę wielką barierę rafy mojej świadomości próbowałem połączyć wiedzę płynącą z obu koń- ców podróży. Nie była to łatwa podróż i więcej niż raz musiałem pożeglować z powrotem zawracając z drogi prowadzącej do nikąd. Równowaga, koniec podróży poza tę rafą, przychodziła, kiedy nauczyłem się szybko przenosić swoją świadomość między Perceptorem i Interpretatorem. Otwierając percepcję, na początku pozwalałem Perceptorowi, aby dostarczył mojej świadomości informacji pochodzącej z niematerialnego świata, a następnie pozwalałem Interpretatorowi na komentowanie jej w takim wymiarze, aby zakotwiczyć ją w pamięci. Na początku walka o wyciszenie Interpretatora zabierała zbyt dużo czasu i obrazy dostarczane przez Perceptora ulegały zatarciu. Na szczęście obrazy powracały, kiedy Interpretator wyłączał się! Stopniowo nauczyłem się szybko przełączać świadomość między nimi dwoma, dzięki czemu percepcje w niematerialnym świecie stały się ciągłe i były rejestrowane w pamięci. WYOBRAŹNIA – NASZ SZÓSTY ZMYSŁ Stosunkowo wcześnie odkryłem, że moje podróże według metody Linii Życia wymagają w początkowej fazie działania wyobraźni jako sposobu na sprawienie, aby cokolwiek się działo. Bez pobudzenia wyobraźni dryfowałem bez celu w czarnej otchłani. Właśnie dlatego tak bardzo bałem się, aby nie paść jej ofiarą.

Kiedy jednak pozwalałem sobie na przykład na wyobrażenie obustronnej rozmowy ze zmarłą osobą, z miejsca zaczynało się coś dziać. Zmarli ludzie zaczynali mówić o rzeczach, których z całą pewnością nie mogłem sam wymyślić. Na przykład spotkałem tam starszą panią wołającą: „Maggie, Maggie! Co ty tu robisz?” – przyglądając się innej, nieznanej, zbliżającej się do niej niematerialnej kobiecie. W żaden sposób nie mogłem wiedzieć, że to jej dawno zmarła matka, co potwierdziła później żyjąca prawnuczka Maggie. W czasie moich pierwszych trzech lat eksploracji życia po śmierci za pomocą podróży w obszar tamtej rzeczywistości, tego rodzaju wydarzenia miały często miejsce. Po pewnym czasie odkryłem, że tego rodzaju stymulacja jest dobrym sposobem na pobudzenie wyobraźni – zmysłu postrzegania wewnątrz pozafizycznego świata, który jest tak samo rzeczywisty jak wzrok i słuch w świecie fizycznym. Ilekroć bywałem unieruchomiony, wyobrażenie czegokolwiek sprowadzało wiatr, który napełniał moje żagle. Uruchomiona, wyobraźnia (nasz szósty zmysł) wypełniała dziennik pokładowy mojego okrętu szczegółami moich poszukiwawczych wypraw. PARTNERSKIE EKSPLORACJE Na swoją odkrywczą wyprawę poza horyzont Kolumb nie popłynął sam pojedynczym statkiem, ale w towarzystwie innych, z którymi dzielił przeżycia oraz odkrycia w Nowym Świecie. Przez długi czas, dopóki nie poznałem Rebeki, prowadziłem badania samotnie. Będąc adeptem eksploracji niematerialnego świata zaofiarowała mi swoją pomoc w opanowaniu najpotężniejszej, weryfikowalnej metody, jaką znam. Podczas „partnerskiej eksploracji” dwoje lub więcej ludzi umawia się na spotkanie w niematerialnym świecie w celu prowadzenia badań lub innych czynności poza horyzontem. Tego rodzaju eksploracja może trwać od kilku minut do godziny, a nawet dłużej. Po każdej sesji uczestnicy zapisują w swoich dziennikach wszystko, co zapamiętali ze swojej wspólnej „niematerialnej” wyprawy. W czasie gdy uczyłem się tej techniki, Rebeka mieszała w odległości 1600 mil (2574 km) ode mnie. Porównując telefonicznie nasze notatki zawsze słyszałem od niej to, co sam zapamiętałem, i odwrotnie. Nie miało znaczenia, czy był to wspólnie zaplanowany przez nas wypad, czy też nasza wyprawa miała charakter spontaniczny. Nasze spostrzeżenia zawsze się zgadzały! Gromadząc kilka lat później materiał do mojej czwartej książki poświęconej eksploracji życia po śmierci posługiwałem się partnerską eksploracją w grupie liczącej od dwóch do pięciu osób. WIARA I TOŻSAMOŚĆ W ciągu tych pierwszych lat eksploracji mój dziennik okrętowy wypełnił się z informacjami w sposób wystarczający weryfikującymi tezę o istnieniu życia po śmierci. Mimo to wątpliwości wciąż żeglowały ze mną nie opuszczając mnie na krok. Gdzieś wewnątrz mnie tkwiło przekonanie, że musi istnieć jakieś inne wyjaśnienie dokładności uzyskanych informacji i że pozbawi ono wszystko sensu. Potem, podczas wypadu mającego na celu odszukanie Joe’ego, niedawno zmarłego ojca jednego z moich przyjaciół, pozbyłem się wszelkich wątpliwości. Różne aspekty tego przeżycia zostały w niepodważalny sposób zweryfikowane, co zmusiło mnie to do akceptacji życia po śmierci jako istniejącej rzeczywistości. Przez kilka dni po akceptacji życia po śmierci jako niezaprzeczalnego faktu czułem się zdezorientowany, są- dząc, że w którymś momencie otaczający mnie świat sczernieje niczym ekran w kinie po zakończeniu filmu. Wiedziałem, że kiedy to się stanie, będę zagubiony w czarnej, bezpostaciowej pustce, z której nie ma ucieczki. Nie rozpoznawałem osoby, która zaprzątnęła mój umysł tymi niezwykłymi myślami. Byłem pewny, że wkrótce umrę. Psychiatra opisałby prawdopodobnie moje odczucia jako kryzys tożsamości i trudno byłoby mu się dziwić. Zacząłem stopniowo odczuwać, że po ściemnieniu otaczającego mnie świata do czerni, wyłoni się nowy, zupełnie inny, nieznany świat, w którym zamieszkam. Ten proces powiedział mi wiele wierzeniach i mojej tożsamości. Mój świat jest światem sfabrykowanym, podobnie jak wszystkie inne, jako że ich zasadniczym budulcem są wierzenia. Od urodzenia wszystkim swoim doświadczeniom przyglądałem się przez lupę rosnącego bagażu wierzeń, budując w ten sposób swój pogląd na świat, w którym żyję. Soczewka ta zawsze powodowała pewne zniekształcenia (moje wierzenia) przechodzącego przez nią obrazu rzeczywistości, zaś akceptacja życia po śmierci jako realnej rzeczywistości zrodziła głęboki konflikt z moimi podstawowymi, ugruntowanymi wierzeniami. W następstwie akceptacji istnienia życia po śmierci mój obraz świata rozleciał się na kawałki i zniknął, nie pozostawiając miejsca dla mojego „ja” w nowym świecie. Moje stare wierzenia wytworzyły rzeczywistość, w której doświadczyłem wszystkiego, i w ten sposób wytworzyło się pojęcie mojego „ja”, tego, co doznało tych przeżyć. „Ja” oznacza to, w co wierzę. Cokolwiek wkracza do mojej świadomości i przeciwstawia się moim wierzeniom, przeciwstawia się mojemu istnieniu. Do przetrwania mojej tożsamości konieczne jest niedopuszczanie do świadomości takich wydarzeń albo uznawanie ich z pomocą moich zniekształceń za niemożliwe. Akceptacja czegokolwiek, co pozostaje w konflikcie z moimi wierzeniami, wywołuje walkę na śmierć i życie, w której moje „ja” jest zagrożone. Akceptując istnienie życia po śmierci przegrałem tę walkę i dosłownie zmarłem. To właśnie było źródłem dezorientacji, którą odczuwałem, powodem, że odczuwałem nieuchronność śmierci. W czasie tej walki zrodziło się moje nowe „ja”, które wyłoniło się niczym dziecko z macicy. Patrzyłem na świat, który mnie otaczał, przez nową soczewkę. Moja stara tożsamość zginęła i byłem otwarty na nowy sposób percepcji w świecie, który rozciągał się teraz daleko poza horyzont fizycznej rzeczywistości.